Kwazar wolności - afrofuturyzm Shabazz Palaces - Electronic Beats Poland

Kwazar wolności – afrofuturyzm Shabazz Palaces

Afrofuturyzm towarzyszy muzyce od dekad. Nieważne, czy jego idee napędzają jazz (m.in. Idris Ackamoor, Sun Ra czy Herbie Hancock), czy hip-hop (A Tribe Calle ...

Afrofuturyzm towarzyszy muzyce od dekad. Nieważne, czy jego idee napędzają jazz (m.in. Idris Ackamoor, Sun Ra czy Herbie Hancock), czy hip-hop (A Tribe Called Quest, Erykah Badu, clipping., czy właśnie Shabazz Palaces) – tak długo, jak ze względów rasowych rządzić będzie dyskryminacja i segregacja społeczna czy ekonomiczna, tak długo artyści (szczególnie afroamerykańscy) będą czerpać z jego dorobku. Afrofuturyzm stoi na dwóch estetycznych nogach. Pierwsza zainspirowana jest starożytnym Egiptem, przez wielu afrofuturystów uważanym za ostatni wielki okres w dziejach ludzi o czarnej skórze. Druga to galaktyczne podróże – Ziemia jest tak nieprzyjemna dla czarnego człowieka, że jego prawdziwą ojczyzną jest Kosmos. To jawnie eskapistyczne narracje, poszerzające trochę język, jakim można operować – co jest szczególnie ważne dla hip-hopu. “Czarne CNN” może stać się “czarnym Star Trekiem” i poprzez futurystyczne opowieści mówić o teraźniejszości.

W zeszłym roku na straży rapowego afrofuturyzmu stanęło clipping., a ich “Splendor & Misery” było kosmiczną przypowieścią o alienacji, automatyzacji i zagubieniu. 2017 należy do Shabazz Palaces – Ishmael Butler i Tendai Maraire nagrali dwa albumy, na których mierzą się z odhumanizowaniem i stanem współczesnej kultury. To pierwsze krążki Shabazz Palaces o tak wyraźnie poprowadzonej historii – są tutaj dzieje Quazarza i realia życia na “Gangster Star”, opisy obyczajów obcych bohaterowi, ale i nawiązania do popkultury (które trochę łamią cały koncept). ‘Amurderca’, która pojawia się na Gangster Star, to już kolejna w tym roku gra słowna Ameryką – po Joey’u Badassie i jego “AmeriKKKą” (wziętą zresztą od Ice Cube’a).

Muzyka Shabazz Palaces to nie jest zwyczajny, zaangażowany społecznie rap. Butler preferuje improwizację i pracę w kolektywie. Wśród gości na albumach znajdziemy m.in. Thundercata, producenta Sunny’ego Levina, czy Juliana Casablancasa (!), ale projekt ma bardzo eteryczny i egalitarny wymiar – nikomu nie wypada tu świecić, nikt nie odciąga uwagi od tajemniczego dźwiękowego doświadczenia.

Płyty Shabazz Palaces polaryzują publiczność. Dla jednych mistycyzm Butlera i Maraire to wymówka do nagrywania niedopracowanych, dziwnych numerów, dla drugich wciągający powód, dla którego wciąż powracają, by dawać się zamknąć w dziwacznych muzycznych światach. Ani “Quazarz: Born on a Gangster Star”, ani “Quazarz vs. The Jealous Machines” nie przekonają sceptyków. Owszem, jest tu kilka utworów o wręcz przebojowym charakterze, jest kilka takich, które z powodzeniem mogłyby wyjść spod palców J Dilli, ale główne brzmienie wyznaczają rozmyte struktury, odległe sample, kosmiczne syntezatory i niemal narkotyczna atmosfera. Chłopaki nie porzucili ducha Sun Ra, który wciąż objawia się w orientalizującej instrumentacji i galaktycznych plamach dźwiękowych. To albumy do skupionych odsłuchów – gdyby leciały w tle, traciłyby swoje niuanse. A to właśnie one – swingujące rytmy bitów na “Quazarz vs. The Jealous Machines”, czy perkusjonalia wtopione w tło “Quazarz: Born on a Gangster Star” – wynoszą Shabazz Palaces poza pułapkę muzyki zbyt eksperymentalnej, by można było się w nią zaangażować. Zresztą obie płyty płyną na niesamowitym groovie – zarówno jeśli chodzi o bujające, hipnotyczne bity, jak i ciekawie wyprodukowane wokalizy.

Teksty to osobne zagadnienie. Tutaj najbardziej bryluje “Quazarz vs. The Jealous Machines”, na którym Butler gorzko rozlicza się z cywilizacją opartą na smartfonach i narcyzmie. “Self-made Follownaire” rozprawia się ze złudą życia influencerów, “Gorgeous Sleeper Cell” zwraca uwagę na saturację współczesnego rapu (“Everybody rapping/everybody trapping” to złowieszcza mantra, która zostaje w głowie na długo), nad całością dominuje ponura atmosfera uzależnienia od maszyn. Maszyn, które – zgodnie z tytułem – są wymagające i zazdrosne. I trudno się nie zgodzić z tą tezą – każdy, kto choć na moment porzucił social media, zna stan lęku o to, że coś go omija. Ishmael nie byłby sobą, gdyby nie rozrzucił po obu albumach strzałów w stronę nowych raperów, których prezentuje jako nudnych, narcystycznych i pozbawionych wartości dodanych. Na dobrą sprawę “Quazarz: Born on a Gangster Star” i “Quazarz vs. The Jealous Machines” traktują swoje koncepty dość luźno, ale i tak odnoszę wrażenie, że to najbardziej zdyscyplinowane albumy w dyskografii Shabazz Palaces. Raczej nie można odtworzyć dziejów Quazarza z tekstów, co było świetną zabawą przy okazji “Splendor & Misery” clipping., gdzie narracja, choć luźna, składała się w jakąś historię – free jazzowa krew duetu ze Seattle udaremnia takie próby. Ale czy naprawdę byśmy chcieli, żeby Shabazz Palaces po prostu opowiadali nam historie, z początkiem, rozwinięciem i końcem?

Nie wiem, czy wobec nowych albumów Butlera i Maraire użyłbym określenia “czarny Star Trek”. Jeśli już, to chyba “czarny Zardoz” (koniecznie obejrzyjcie, szczególnie jeśli lubicie oglądać Seana Connery’ego w negliżu) lub “czarna Odyseja Kosmiczna”. To płyty otwarte na interpretację, ale przede wszystkim wciągające muzycznie. Słuchałem ich na przemian i mimo różnic, to dobrze traktować je jako wspólną całość. Gdybym miał wybrać lepszą z nich, postawiłbym chyba na “Quazarz vs. The Jealous Machines”, gdzie bity są gładsze, a teksty czytelniejsze. Tak czy owak, Shabazz Palaces nagrali dwie bardzo równe, bardzo intrygujące płyty. Możecie ich posłuchać na waszych zazdrosnych maszynach, ale słuchajcie ostrzeżeń Ishmaela, dzisiaj celnych jak nigdy wcześniej.